Chodzą takie wieści po całym powiecie,
że wy, gospodyni, syna wydajecie!
Więc tu na rowerach przyjechali wszyscy,
jako to widzicie - mniej i bardziej bystrzy.
Przyjechaliśmy tutaj młodym powinszować,
a jak będzie dobry trunek - możecie nam ofiarować!

...miałam jakieś 30km na zapamiętanie stachowego wierszyka w celu bezbłędnej recytacji Ewie. Ta niedzielna wycieczka była podobno planowana od maja ("Dziewiętnastego sierpnia jedźcie do Czyżowa!").

To już kolejna z rzędu niedziela wakacyjna, a co za tym idzie - cyklistów niewielu pod Bramą się stawiło... Należy tutaj usprawiedliwić piątkę, za przeproszeniem, członków Equipy oraz Equipiczek, którzy powędrowali dzień wcześniej do Albanii i zaraz przed naszym wyjazdem w stronę Czyżowa znajdowali się już "w jakimś mieście na B". Jak już wspomniałam albo i nie - spod Bramy wyjechało nas sześć osób (ciekawym zjawiskiem była oczywiście równowaga płci). Pokierowaliśmy się teoretycznie w stronę Zawichostu, ale w praktyce mijaliśmy m.in. rondo i ul. Wiśniową.

Za drogą prowadzącą do Lublina nie przepadają nie tylko kierowcy pojazdów zmechanizowanych, ale i zwykli rowerowi zjadacze chleba - skręciliśmy zatem na Kamień, żeby przez Mściów dojechać do Dwikóz. ...gdzie oczywiście zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek pod Groszkiem. Niestety dalej jechaliśmy w jeszcze bardziej okrojonym składzie, gdyż ponieważ Ola, której nie będę wskazywać palcem, zawróciła do Sandomierza (z przyczyn od nas niezależnych).

Do Zawichostu wcale nie jechało nam się tak przyjemnie jak poprzednio; powodem problemu z osiągnięciem prędkości powyżej 22km/h był wredny wmordewind... Awaryjnie sprawdziliśmy, czy prom aby na pewno działa (działał, rzecz jasna). Nie skorzystaliśmy jednak z jego usług (w drodze powrotnej zresztą też).

Na odcinku Zawichost-Czyżów pomogłam biednej zahukanej KURZE przejść na drugą stronę ulicy. Nie są mi znane dalsze losy kury, ale myślę, że jeśli nie trafiła z powrotem do siebie, to znalazła nowe lepsze miejsce do mieszkania w.

W Czyżowie niczym w Stalowej Woli - można się zgubić, co też uczyniliśmy. A może to było dla zmyły, żebyśmy za prędko nie dotarli do pałacu?
...tam zostaliśmy ugoszczeni przez w.w. gospodynię (mimo, że wierszyk został przeczytany; moja pamięć jest dobra, ale krótka). Odpoczynek u weselników trwał przeszło półtorej godziny, kiedy postanowiliśmy wracać. Absolutnie nie mieliśmy ochoty jechać przez obiecane Przybysławice, wracaliśmy więc tą samą drogą. Wiatr TROCHĘ SIĘ ZMIENIŁ, co było do przewidzenia... Odechciało nam się również Wisłę - niczym kura ulicę - przekraczać na drugą stronę. Pomknęliśmy do Dwikóz i Mściowa, coby górwę dorazowską "ominąć". W cudzysłowie, bo tak czy siak pod górę wyjeżdżać musieliśmy... Paweł poprowadził nas drogą, na której Stachu czuł się jak na Antypodach.

Pożegnaliśmy się na ulicy Czereśniowej, gdzie pani Ania przypomniała sobie, że przecież... nie dostaliśmy do skosztowania tortu weselnego!!! O mały włos, a byśmy wrócili do Czyżowa!